
Jeżeli chodzi o popularność horroru w Polsce, to Graham Masterton jest bez wątpienia jednym z tych pisarzy, którzy znacznie się do niej przyczynili. Myślę, że dla wielu dzisiejszych około trzydziestolatków przygoda z tym gatunkiem zaczynała się od wydanych przez Amber takich pozycji jak „Manitou”, „Wyklęty”, czy „Demony Normandii”.
Tego rodzaju horrory – krwawe, z szybką akcją, nawiązaniami do różnych mitologii i pewną dawką erotyki – były nowością na polskim rynku. Ponadto Mastertona dobrze się czytało, a jego fabuły były ciekawsze niż te wymyślane przez C-klasową konkurencję spod znaku Phantom Press. W moim odczuciu przynajmniej raz udało mu się otrzeć o pierwszą ligę literatury grozy – mam na myśli znakomitego „Wyklętego” z przerażającym Mictantecutli w roli głównej i niesamowitymi scenami powracających zmarłych. Bardzo lubiłem też cykl „indiański”: dwie pierwsze książki z serii o Misquamacusie („Manitou” i „Zemsta Manitou”) oraz „Kostnicę”, w której wystąpił szaman Śpiewająca Skała.
W pewnej chwili niejaka schematyczność w twórczości brytyjskiego autora zaczęła mnie nużyć, zaś w kolejnych powieściach brakowało mi świeżości – po rozczarowaniu „Duchem zagłady”, a dużo później „Wendigo”, doszedłem do wniosku, że czas na zakończenie przygody z tym twórcą. Kiedy jednak ostatnio wpadła mi w oko pozycja „Masterton. Opowiadania/Twarzą w twarz z pisarzem”, nie mogłem sobie odmówić przyjemności nostalgicznej wycieczki do krainy dzieciństwa.
Książka jest swego rodzaju kompendium wiedzy o „Mastim”. Zawarto w niej historię jego kariery, opisy powieści (nie tylko horrorów) i zbiorów opowiadań, informacje na temat jego związków z Polską, wywiad, alternatywne zakończenie „Manitou” (swoją drogą, to znane z polskiego wydania wydaje mi się znacznie lepsze) i inne ciekawostki. Z całości przebija ogromna pasa i sympatia, jaką autorzy muszą darzyć brytyjskiego twórcę. Nic dziwnego – ze zgromadzonego materiału wyłania się postać interesującego, ciężko pracującego człowieka w ogóle niezadufanego w sobie, a przy tym bardzo lubiącego Polskę i Polaków.
Tak na marginesie, bardzo chciałbym obejrzeć ekranizację „Stworzenia Belindy” dokonaną przez polskich studentów – mam nadzieję, że kiedyś zostanie ona udostępniona w sieci.
Osobną kwestią są zamieszczone opowiadania. Po bardzo słabym tekście z antologii „11 cięć” miałem poważne obawy, tymczasem są one naprawdę dobre. Na przykład „Podłóżkowo” to jeden z najlepszych znanych mi utworów tego autora. „Duchy epoki” ma wiktoriańsko-melancholijną atmosferę różną od tej zwykle panującej w twórczości Mastertona. „Lekkie mdłości od cieni” zaskakuje i kończy się niedopowiedzeniem. „Pieskie dni”, mój drugi faworyt, to przewrotny tekst oparty na groteskowym założeniu, którego sukces świadczy o talencie pisarza do przekazywania najbardziej nieprawdopodobnych historii. „Łaska Świętej Brónach” to nastrojowe opowiadanie z drugim dnem. Najprostsza i najbardziej tradycyjnie „mastertonowska” „Anka” też ma swój urok i mocno polski akcent (akcja dzieje się m. in. w Katowicach).
Ogólnie poziom opowiadań pozytywnie mnie zaskoczył. Poza niezbyt ciekawym „Morderstwem z zasadami”, pozostałe teksty zdecydowanie oceniłbym jako niezłe, dobre i w dwóch przypadkach bardzo dobre.
Książkę polecam. Nawet jeżeli znajdują się w niej fragmenty raczej zbędne („Gdyby świnie umiały śpiewać”), jest ona bardzo udanym i niespotykanym na naszym rynku przedsięwzięciem, za co polskim autorom i samemu Mastertonowi należą się duże słowa uznania.
Ostatecznie zdecydowałem się na kolejne spotkanie z twórczością Brytyjczyka. Po długim namyśle wybór padł na „Zjawę”. Na razie jestem na stronie 114 i jest bardzo dobrze – pierwsze dwa rozdziały to Masterton, jakiego nie znałem. Ogólnie mniej akcji, ale bardziej rozbudowane tło i gęściejszy klimat. Zobaczymy, jak będzie dalej.
EDIT: "Zjawa" ukończona. Bardzo dobra, ale nie jako horror, ale taka mroczna baśń dla dorosłych. Jedna z najlepszych książek GM.
Poleć innym tę notkę